czwartek, 5 listopada 2015

Kösem Sułtan, godna następczyni Hürrem




Źródło
    Polscy widzowie jeszcze mogą cieszyć się losami Hurrem, sułtana Sulejmana, Mustafy i innych mieszkańców pałacu. Jeszcze wiele osób żyje, jeszcze wiele intryg przed nami, kilka małżeństw i egzekucji, dramatów i radości.  Mimo to coraz częściej na forach i facebooku pojawiały się pytania, co będzie po zakończeniu emisji. W Turcji fani „Wspaniałego Stulecia” poznali już odpowiedź, ostatnimi czasy mogą oglądać "Muhteşem Yüzyıl: Kösem Sultan". Czy w Polsce będzie nam dane zobaczyć ten serial? Jeszcze nie wiemy. Zadajmy sobie jednak fundamentalne pytanie: kim była Kösem Sułtan?
 
      Hürrem umiera w 1558 roku. Jest rok 1603, na tronie Imperium Osmańskiego zasiada jej praprawnuk Ahmed I, ale od ponad półwiecza, od czasów charakternej Roksolany, kobiety mają coraz silniejszy wpływ tworząc coś, co historycy określą później mianem Sułtanatu Kobiet. W 1604 roku do pałacu w Stambule trafia piętnastoletnia niewolnica z Grecji, Anastazja. Czy coś zapowiadało kim będzie w przyszłości? Wątpię, szczerze wątpię. Wydaje mi się, że mogła być przerażoną nową sytuacją nastolatką, młodą kobietą, która, owszem, w swojej ojczyźnie mogłaby być już mężatką, ale trafiła do innego kraju, do innej kultury, do innego środowiska z własnymi zasadami i – przyznajmy to – niezdrowymi relacjami. Bo harem nie był miejscem do budowania idealnych relacji międzyludzkich. 

     Jak zaszła tak daleko? Przede wszystkim przeszła na islam. Otrzymała wtedy imię . Muzułmanka miała większe możliwości awansu w haremie, religia otwierała wiele drzwi. Później sułtan nadał jej imię Kösem, pod którym znamy ją do dzisiaj. Zanim jednak zmieniła się w musiała zdobyć zaufanie i miłość sułtana, a to nie było łatwe, nie było bezpieczne, mogło się nie udać. Trzeba było grać ostrożnie, zbytnia uległość wobec sułtana mogła zepchnąć dziewczynę na bok jako za mało intrygującą, a zbyt wielki charakterek owszem mógł zaintrygować, ale mógł przyczynić się też do egzekucji delikwentki. Rzeczywistość haremów. 

Źródło
      Najpierw zdobyła serce sułtana, potem została jego małżonką. To tylko jeden krok do zdobycia władzy. I zdobyła ją. Była większą intrygantką niż Hürrem, co przejawiło się chociażby w tym, że doprowadziła do buntu janczarów, którzy obalili Osmana II, panującego wówczas sułtana. Dwa razy była regentką, najpierw swojego syna, później wnuka. Nie była lubianą sułtanką, jej panowanie to czas chaosu i skarbcowej rozrzutności. Zasłynęła z charytatywności, ale też z chwiejnych rządów. No i była przedostatnią kobietą z wpływem na władcę – kobiety mieszające się w politykę zwykle nie kończyły najlepiej, co zniechęcało następczynie. też skończyła tragicznie – została uduszona przez własną synową.

    Twórcy kolejnego „Wspaniałego Stulecia” wybrnęli bardzo dobrze z zagwostki „Kto zastąpi Hürrem Sułtan?”. Wybrali postać niebanalną, która jak jej sławna poprzedniczka, wspinała się po szczeblach haremu do władzy, była jeszcze większą intrygantką i nie zawahała się nawet przed zbrodnią, by osiągnąć swój cel. Czy będzie to robiła z równym wdziękiem co nasza Roksolana? Tego nie wiem. Możemy za to mieć nadzieję, że kiedyś się przekonamy.

czwartek, 8 października 2015

Imperium Miłości, reż. Hilal Saral

źróło


         Nikt nie spodziewał się, że „Wspaniałe Stulecie” przyciągnie każdego dnia przed telewizory ponad 1,5 miliona widzów. Rekordowa popularność serialu zaskoczyła chyba samych rządzących TVP, co widać chociażby w dość nietypowej porze emisji (co ciekawe nie zmieniono jej, a kolejne tureckie seriale są w równie dziwnych porach). Jednak telewizja dobrze przeczytała statystyki i odrobiła zadanie domowe – od początku jesieni można oglądać w telewizji kolejne seriale znad Bosforu. Między innymi „Kurta Seyita ve Surę”, czyli „Imperium Miłości”.


       Serial ponalazłam dwa miesiące wcześniej przed jego telewizyjną premierą, kiedy jeszcze nie miałam pojęcia, że na jesieni zagości na TVP2. Dostępny był w Internecie z rosyjskim lektorem, ale podczas ostatniego przeziębienia i przymusowego spędzania dni w łóżku – znacie ten stan, kiedy macie tysiące rzeczy do zrobienia, a nie jesteście się w stanie ruszyć z łóżka, jednocześnie mając już po wyżej uszu leżenia? – odświeżyłam sobie tę turecką produkcję, tym razem w ojczystym języku.

        A fabuła rozgrywa się w moim ulubionym czasie. Jest rok 1916, Piotrogród, Kurt Seyit Eminof podczas balu poznaje Aleksandrę "Szurę" Wierszeńską. Kurt i Szura zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, ale na stają obie rodziny – Eminofowie i Wierszeńscy - rodzina Kurta chce, aby mężczyzna poślubił Turczynkę, a rodzice Szury chcą ją wydać za Rosjanina. Wiosną 1917 roku wybucha rewolucja przeciwko Mikołajowi II i sytuacja białogwardzistów staje się dramatyczna przez rosnących w siłę bolszewików.. Bohaterowie muszą ukrywać się, aby ocalić siebie i swoich najbliższych. Kurt Eminof i Szura Wierszeńska wyjeżdzają do Ałuszty na Krym, ale nawet tam nie będą bezpieczni i sielsko szczęśliwi.

     Serial urzekł mnie całością fabuły – myli się ten, kto myśli, że wszystko będzie opływało w sielskiej atmosferze miłości „tych wykwintnych, pięknych, poetycznych ludzi"[1]. Owszem, obraz wojny i późniejszej władzy bolszewików jest przedstawiony stosunkowo delikatnie i osoba, która orientuje się w historii mogłaby się nawet zżymać, że nie pokazano nawet ułamka terroru jaki panował i jak bardzo zagrożeni byli białogwardziści… ale to nie o to chodziło. Chciano pokazać historię miłości w czasach trudnych, zarówno dla Rosjan, jak i dla Turków w Imperium Osmańskim, czy Imperium Rosyjskim. Chciano pokazać miłość, która miała być naprzeciw zawirowaniom historii. I to się udało. Historia Kurta i Szury właśnie taka jest, idealizowana i naprzeciw wszystkiemu. Na tle czasów trudnych, ale eleganckich i powodujących myślenie, jak to: „szkoda, że nie żyłem sto lat temu. Sto lat temu było jeszcze dobrze. Istniały jeszcze potężne instynkty i potężne namiętności (…)”[2]. Pokazano też wiernie turecko-tatarskie rodziny, społeczność Tatarów z ich tradycją, kulturą, która stoi w pewnym rozkroku pomiędzy życiem w Rosji i przejmowaniem pewnych wzorców i zachowań z niej, a jednocześnie mocnego trzymania się własnej tożsamości przez strój, sposób życia oparty o tradycję.

źródło

       Serial początkowo się dłuży. I to bardzo. Siadłam przed komputerem z niecierpliwością czekając na rozwój akcji i czekałam ładnych kilka odcinków. Początkowo myślałam, że to przez język – oglądałam przecież po rosyjsku, nie wszystko rozumiałam od razu – ale w z polskim lektorem oglądało się początkowo równie opornie. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko spokojnej akcji, długim sekwencjom opartych na rozmyślaniach, czy dialogach egzystencjalnych – uwielbiam to zarówno w filmach, jak i w literaturze. Ale to musi być po coś. Bohaterka jest z dala od ukochanego i tęskni – cudownie, ale niech za tym idzie jakaś jej przemiana i refleksja, niech wciągnie nas jej stan. Tutaj niestety tego brakło, bohaterowie snuli się z punktu A do punktu Be, a rzeczy – mam wrażenie – początkowo same im się przydarzały. Potem akcja przyspieszyła, zaczęła się rewolucja, zmiana społeczna i wydarzenia, które pchały się do życia bohaterów przysłoniły dłużyzny i przyspieszyły akcję.
  
        Jednak diabeł tkwi w szczegółach i drugim minusem było tło historyczne. I chociaż muszę powiedzieć, że z kostiumami poradzono sobie dobrze – do ideału jeszcze bardzo daleko, ale myślałam, że będzie bardziej ahistorycznie (chociaż niektóre stroje są zrobione ze współczesnych gotowców, to widać), ale wybrnięto z tego, jak w innych telewizyjnych produkcjach, czyli poprawnością bez szaleństw – to przedstawienie tego, jak wyglądała Rosja w czasie I wojny światowej leży całkowicie i dogorywa. Wiem, że większość widzów nie zwróci na to większej uwagi, ale stolica kraju w stanie wojny (na której powoli, ale nieubłaganie się wykrwawia), w dodatku w przeddzień rewolucji i wojny domowej wygląda… jakby wojny zupełnie nie było. Oczywiście mamy mężczyzn w mundurach, mamy też zagrożenie pojawiające się w rozmowach, nawet aresztowania i ścigania i zdrady, ale gdzie głód, masowy terror wobec arystokracji? Mamy przecież 1917 rok, wtedy większość artykułów była niedostępna, panował głód, a większość normalnych przedwojennych produktów było ratytasem, albo pozostawał w sferze marzeń (zależy od klasy społecznej), a do tego miały miejsce masowe rozstrzeliwania wyższych oficerów carskich (często całych rodzin), zamykanie prasy (niemal każdej) i masowy terror wśród klasy średniej i wyższej. Zagrożenie widać w serialu dopiero w momencie, kiedy rewolucja dociera na Krym, wtedy człowiek ma wrażenie, że coś zaczęło się dziać. Ale jestem pierwszowojennym i carsko-rosyjskim freakiem, przepraszam.


      Na zakończenie jeszcze dodam, że historia pokazana w „Imperium Miłości” wydarzyła się w rzeczywistości. Nermin Bezmen w 1999 roku napisała książkę „Kurt Seyt ve Shura”, a trzy lata później opublikowała „Kurt Seyt ve Murka”, obie książki są historią młodości, miłości i życia jej dziadka – Kurta Seyta. Nermin spędziła sześć lat na badaniu historii rodzinnej, a opowieści i listy Walentyny (siostry Szury) stały się de facto podstawą do opowiedzenia miłości Kurta i Szury. A nie jest to historiach, w której powiedzielibyśmy, że żyli długo… ale czy razem i szczęśliwie dowiesz się, czytelniku, oglądając serial.

    Komu polecam: na pewno romantyczkom, które lubią historię o pięknych ludziach, wielkich namiętnościach, jeszcze większych przeszkodach na ich drodze i to wszystko jeszcze w kostiumie. Nie, nie ironizuję tutaj. Osoby, które lubią obyczajowe seriale w kostiumie, dramaty z historią w tle będą szczerze zachwycone.

      Komu nie polecam: osobom, które wolą wartką akcję i aktywnych bohaterów. Tutaj i akcja i bohaterowie płyną swoim rytmem. Wierność historyczna może też razić historyków. Możecie, kochani retro-fani, spojrzeć na to przez palce... albo odpuścić.

 Książka Nermin Bezmen nie została przetłumaczona na język polski, ani angielski, szkoda.
_______________
[1] E. Orzeszkowa, Nad Niemnem

[2]W. Reymont, Ziemia obiecana
Niestety, w obu przypadkach nie mogę podać stron z książki, na której są cytaty, bo spisywałam je z notatnika z ulubionymi fragmentami z książek.

czwartek, 17 września 2015

Karbala, reż. K. Łukaszewicz



"Karbala", reż. K. Łukaszewicz, Polska 2015



     Filmy wojenne, które widziałam spokojnie można policzyć na palcach jednej ręki. Nawet nie dlatego, że nie lubię, jakoś nie po drodze mi z nimi i mając inne pozycje kino wojenne schodzi na dalszy plan. W tym wypadku nie musiałam być długo namawiana. Sama chciałam iść. I to jak najszybciej. Tylko, że szłam z obawami. Z resztą nie tylko ja. Obawy były niemal o wszystko: bo to polski film, czy patos nie będzie wylewał się z ekranu, czy trailer nie okaże się lepszy od filmu, czy nie będzie tandetnie, czy będzie wątek romansowy (Boże uchowaj!), czy aktorsko film da radę (nie przepadam za Królikowskim i Lichotą). Ale, 11 września godzina 14:00 i krakowskie kino – niemal pusta sala, cisza, spokój i wielki ekran przede mną.
 
      Znacie pewnie te historię: wiosna 2004 roku, Amerykanie hasają po Iraku, choć mniej żwawo i swawolnie niż rok wcześniej, bo Irakijczycy zorientowali się, że mają kolejną okupację i zaczynają stwarzać problemy. Szczególnie, że mają charyzmatycznego przywódcę - Muktada As-Sadra. A w środku tego bałaganu Polacy. Zbliża się Aszura, czyli muzułmańskie święto z procesjami pasyjnymi, które Polacy żartobliwie określają „Wielkanocą”. W czasie tego święta bojówki Sadrystów zaczynają atakować City Hall w Karbali, ośrodek władzy w mieście i ważny punkt strategiczny. Oddział żołnierzy dowodzony przez Kalickiego (Bartłomiej Topa) rusza do Karbali z misją utrzymania celu do czasu przybycia wsparcia. Wsparcie nie przybywa, w całej Karbali zamieszki, kontakt z bazą został zerwany, a żołnierskie racje topnieją. Z każdą minutą maleją szanse na przetrwanie ataku bojówek...

źródło

      Z sali wyszłam na poły z ulgą (udało się, nie spierniczono!), na poły z zygzakiem, że jednak można było lepiej. A gdzieś wśród tych uczuć miotało się podekscytowanie. Bo film jest dobrze rozpisany. W odpowiednim momencie rozpoczyna historię, kiedy polscy żołnierze lecą do Iraku. Nie mamy długich i łzawych scen pożegnań rodzinnych, nie mamy tekstów o wylocie na misję w imię wolności, sprawiedliwości i pomocy. Jest powiedziane wprost – kredyt jest, remont sam się nie opłaci, a na miejscu trzeba działać. I uważać na siebie. W filmie zawarto szczegóły, o których niektórzy mogli nie wiedzieć – Polacy wzmacniający samochody deskami i kamizelkami kuloodpornymi, pokazanie dlaczego lepiej nosić koszule w długim rękawem. Brutalność dobrze wyważono – żołnierze nie mówią jak panienki z pensji, nie rumienią się na świerszczyki, krew leje się w odpowiednich ilościach, by film był dopuszczony do kin. Chociaż osoba, która czytała książkę wie, że pokazano procent z piekła, które się wówczas działo, nie tylko z udziałem Polaków, ale chociażby chłopaków z Blackwater.

      Aktorsko też obalono moje wątpliwości – pierwszoligowi aktorzy i ci opatrzeni w serialach telewizyjnych to była mieszanka, która mogła zawalić. Nie zawaliła i nawet Lichota, którego kojarzyłam głownie z produkcji telewizyjnych i jednej maniery grania, wypadł przekonywująco. Najlepiej wypadł Topa, dźwigając na sobie cały film, zagrał żołnierza starej daty, który trzeźwo patrzy na sytuację i nie wierzy w sztampowe hasła. I bardzo dobrze mówi po rosyjsku – scena, w której rozmawia na przemian po angielsku i rosyjsku z Getowem (Hristo Shopov, swoją drogą świetny aktor) oprócz treści przykuwa też formą – angielski Topy z mocnym, polskim akcentem i śpiewny rosyjski obu aktorów, przy którym fani tego języka mogą się rozpływać. O braciach Żurawskich napiszę w trochę innym kontekście chociaż aktorsko mocno dali radę. Niestety Królikowski dla mnie chodził cały film z miną cierpiętnika, który nie wie, co się dzieje, a Łucki, czyli Kazimierz Mazur, był twarzą z „Na Wspólnej” tyle, że w mundurze. Trochę szkoda. Chociaż na ogromny plus trzeba policzyć jeszcze jedną rzecz – każdy mówił w swoim języku, czyli Polacy po polsku, Amerykanie po angielsku, międzynarodowe grupy po angielsku, a Irakijczycy po arabsku. To buduje klimat. I jeszcze Atheer Adel jako Farid – wątek idący równolegle do wątku oblężenia, który momentami przyciąga więcej uwagi niż Polacy. Zdecydowanie mocna strona fabuły.
      I nie było wątku romansowego! Żadnej kobiety, którą na wojnę przygnała miłość do wybranka, więc wkłada mundur i zasuwa z bronią w ręku. Chwała reżyserowi za to, bo nie rozumiem, po co w każdy film wkładać, zwykle niepotrzebny i niepasujący, wątek romansowy. Patos nie wylewał się na salę kinową, ponowne dzięki, chociaż scena z łopoczącą polską flagą była. Ale mój chłopak – który kino wojenne zna lepiej ode mnie – mówi, że w każdym filmie wojennym patos musi być, więc mu wierzę i zaliczam na plus, że nie było więcej.

źródło

       Ale zygzak jednak jest, bo w mojej ocenie film mógł być lepszy. I zacznę od zapoznawania widza z bohaterami. Wrzuceni jesteśmy, razem z dzielnymi żołnierzami, prosto do bazy, potem zaraz akcja zaczyna przyspieszać. I to dobry myk, widz nie zaczyna się nudzić długimi, statycznymi scenami. Źle bo nie zdążymy polubić bohatera, zidentyfikować się z nim, a już się coś z nim dzieje. I nawet było mi szkoda bohaterów granych przez Żurawskich, nawet zabolało mnie, to co się im stało, ale co z tego, kiedy w końcowej scenie w mojej głowie zostało puste „W sumie szkoda bohatera. W sumie…”. Wątek nowych żołnierzy w bazie można było rozciągnąć chociażby o 10 minut, by pokazać ich szerzej widzowi. Wtedy widz by się przejął bardziej. Denerwowało mnie też prowadzenie kamery. Rozumiem dlaczego zastosowano taki, a nie inny sposób kręcenia, obok zbliżeń szerokie plany, ujęcia z ręki obok bardziej statycznych, ale jednak trzęsący się obraz to nie jest komfortowy widok. Na początku byłam w szoku i męczyło mnie to, potem przywykłam, żeby na koniec czuć zirytowanie, kiedy widziałam, że obraz zaczyna skakać. Ale chęć zdynamizowania obrazu ma swoje koszty w odbiorze przez widza. I przyznaję, że kiedy skończyło się oblężenie i wszyscy bohaterowie siedzą (mniej więcej) cali i zdrowi w mojej głowie pojawiło się „Jak to? Już?!”. Cztery intensywne dni, to cztery intensywne dni.

     Krótko podsumowując, bo rozpisałam się dość, ciężko oceniać mi ten film przy innych filmach wojennych, ale jak na polskie kino, które zalicza wzloty i kiczowate upadki „Karbala” wypada bardzo dobrze. Jest solidnym filmem w czasie, którego widz nie raz zaciśnie mocniej palce na oparciu fotela. Brakuje mu kilku minut i scen do bycia idealnym, ale wyszłam z kina zadowolona i z przekonaniem, że będę polecała każdemu, kto mi się napatoczy. Tobie też.

Ocena: 4/5 lub 8/10